Cały Ja
Dołącz do mnie


Księga Gości

Zobacz
Wpisz się


Archiwum

2006
maj (2)
czerwiec (4)
lipiec (1)
sierpien (2)
wrzesień (1)
listopad (8)
grudzień (3)

2007
styczeń (2)
luty (1)
kwiecień (1)
maj (3)
lipiec (1)
listopad (2)

2008
czerwiec (1)

2009
kwiecień (3)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (1)
październik (1)
listopad (1)

2010
kwiecień (1)
czerwiec (3)
sierpien (1)
grudzień (1)

2011
luty (2)
marzec (1)



Kontakt

E-mail: clic!
GG: clic!

Kluby



Ulubione

hybridascarlet88mewmew-zakurochudixEmm^^Linki





adopt your own virtual pet!

Layout by Spike



>> poniedziałek, 7 marca 2011 15:44:29
Siema,

Minął luty, a ja dalej bez roboty. Biuro, do którego dostałem skierowanie z urzędu pracy się nie odezwało, a znowu za innym razem, jak sobie znalazłem kilka ogłoszeń, to wszystkie okazały się nieaktualne. I podobno w tym kraju łatwo jest znaleźć pracę, tylko trzeba chcieć. Ten, który to powiedział bardzo się pomylił. Znajomości nie mam żadnych, aby wykorzystać je do znalezienia roboty, a to przecież najłatwiejszy i najmniej wymagający sposób na zdobycie posadki.

Nadal nie dostałem pitów z poprzedniej pracy. Znaczy się jedna firma mi przysłała, a druga nie. Jakby raczyli szybciej to zrobić istniałaby możliwość, że może coś by wpadło z rozliczenia.

Przestrzegam was, nigdy nie bierzcie komuś pożyczki pieniężnej. Nawet, jeśli ta osoba jest waszym najlepszym przyjacielem czy bardzo bliską osobą. Jeśli na początku spłata ze strony tej osoby idzie bez problemu, to później wszystko może się posypać i spadnie to na waszą głowę.

Powróciła wena do pisania recenzji. Przez prawie dwa tygodnie, jak nie lepiej czułem niemoc twórczą. Nie była to rzecz za dobra i przez to grafik publikacji zapchany jest do połowy kwietnia, bez mojego udziału w nim. Plusem publikacji na Tanuki.pl jest to, że współpracę mogę sobie wpisać do CV. Przy planie wrócenia do kręgu zajęć humanistycznych jest do bardzo dużo plus. Pomimo tego, że kochałem informatykę, pchanie się na nią nie było rozsądne. W końcu z matematyki nigdy dobrze mi nie szło.

Na dzisiaj to tyle~

Trzymajcie się ciepło!
komentarze [1]

Piece of life >> środa, 16 lutego 2011 22:11:59
Cześć,

Siedzę sobie przed komputerem i marznę. W domu jest zimno jak na dworze, może tylko kilka stopni cieplej bo w końcu są ściany i okna. W każdym razie temperatura waha się w granicy maksymalnie 5 stopni Celsjusza. Starzy nie raczyli kupić węgla na opał, a babcia dawała na niego w zeszłym roku z trzy razy. Wiem, bo sam matce dawałem pieniądze. Tylko, że zamiast kupić węgiel, to przepierdolili kasę. Babcia mi ostatnio powiedziała, że już im więcej nie da. Good move, Babciu! Po co ma dawać pieniądze, skoro starzy i tak je pewnie przepierdolą? Z resztą ja na miejscu babci to bym im nawet gówna w pudełku nie dał. Za cały rok są u niej tylko na święta i na imieniny, choć z tym i tak jest problem bo nie zawsze się chce... Z resztą moja młodsza siostra identycznie. Później to siedzę i wysłuchuję jaka to rodzina jest nie dobra, a babcia tyle razy pomagała matce. Dobrze, że ja jakoś zawsze znajdę czas na to, aby babcię odwiedzić. No i jeszcze starsza siostra ze szwagrem, ale oni mieszkają w tym samym domu co babcia (no i dziadek, nie zapominajmy o dziadku).

Zawsze jak jestem u dziadków i u siostry, to czuję się jak w prawdziwym domu. I choć każdy ma jakieś problemy, to da się odczuć to ciepło, więź i miłość, jak w prawdziwej rodzinie, a nie tutaj, w tej patologicznej menelni.

Stary chleje, norma. Siedzi na urlopie, bo coś mu się tam stało z ręką, to chleje jeszcze bardziej. I tak 365 dni w roku, od kiedy tylko pamiętam…

Byłem dzisiaj u Robala. Chłopaczek ten chodził ze mną do klasy w ogólniaku i choć miał tok nauczania indywidualnego miałem z nim lepszy kontakt niż z większością klasy. Potrzebował jednego anime, a że w klasie byłem z tą tematyką kojarzony najbardziej, więc logiczne, że zgłosił się do mnie. Przejechałem pół miasta, ale warto było dla samej rozmowy. Robal jest w trakcie pisania pracy licencjackiej, podobnie z resztą jak większość ludzi z liceum, z którymi mam jakiś kontakt. Przy okazji rozmowy o studiach, że gdyby pewne sprawy potoczyły się inaczej i kontynuowałbym, to też bym pisał takową pracę, a po jej obronie mógłbym uczyć dzieci w szkole. Tylko czy osoba z patologicznej rodziny ma szanse na bycie dobrym nauczycielem i wychowawcą?

W zeszły czwartek byłem w urzędzie pracy i znalazłem ciekawe ogłoszenie o możliwość pracy w biurze. Wymagania nie były zbyt wysokie, więc postanowiłem spróbować swoich sił. Do dnia dzisiejszego brak odzewu, pani w recepcji wzięła ode mnie CV w celu przekazania do działu rekrutacji. Jak tak dalej pójdzie to nie wróży mi to ciekawej przyszłości...

Na dzisiaj to tyle,

Do następnego!
komentarze [0]

>> piątek, 4 lutego 2011 12:46:19
Siema!

Moja pierwsza notka w tym roku i zapewne nie ostatnia.

Od połowy grudnia siedzę na dupie w domu i nie mogę znaleźć pracy. Trochę mi to nie pasuje, zwłaszcza, że powoli kończą mi się pieniądze, a jest wiele rzeczy, które chciałbym mieć w tym roku. Choćby nowy model konsoli DS, Pokemony w wersji White i bilety na koncert Iron Maiden w Warszawie. Najbardziej zależy mi na tym ostatnim. Wiąże mnie z tym pewna obietnica...

W domu po staremu, kto czyta mojego bloga dobrze wie, że raz jest dobrze, a prawie zawsze nieciekawie, więc nie ma się nad czym zastanawiać.

Ktoś by pewnie zapytał jak tam moje relacje z Piotrkiem? Z kim, że tak ujmę? Chodzi o mojego najgorszego dłużnika? Pieniądze oddaje w wolnym tempie, ale jakoś mu to idzie. Mam szczerą nadzieję, że spłaci dług jak najszybciej. W grudniu podjąłem decyzję, że nie warto się zadawać z tym zakłamanym typem, który potrzebuje przyjaciela jak ma pustki w portfelu i nie ma się za co najebać bo większość kasy jaką miał w danym miesiącu to przepił na spotkaniach z "prawdziwymi kolegami", którzy nie wymagają jeszcze, że może wypadałoby się odezwać i napisać co słychać itp. Wcale nie jestem tym zasmucony, wręcz przeciwnie! Jest mi jakoś lżej na sercu, tylko żałuję, że tak późno podjąłem decyzję choć dużo wcześniej widziałem, że coś jest nie tak. Przynajmniej więcej kasy miałbym u siebie.

Ostatnio czuję się jakoś silniej związany z portalem Tanuki.pl. Jest to czasopismo internetowe zajmujące się publikacją recenzji anime, mang, a na dziale zwanym czytelnią, można przeczytać recenzje różnych filmów, gier i książek, niekoniecznie japońskich. Jeszcze cztery lata temu strona wydawała mi się dość potwornym miejscem, a redakcja istnymi potworami, które mają w zwyczaju wysoko oceniać słabe dla mnie serie anime, a dobre jechać całkowicie. Jednak od kiedy publikowane są tam moje teksty (osobiście uważam, że są co najwyżej średniej jakości) moje poglądy się zmieniły. Strona jest dość profesjonalnym miejscem, a redakcja nie gryzie, tylko połyka w całości :D

Na koniec obrazek z anime, które pomogło mi odkryć dawno zagubiony czar przygodówek dla młodszych widzów. Jest to Dinosaur King znany w Japonii jako Kodai Ouja Kyouryuu King (Pradawny Władca - Król Dinozaurów)


komentarze [4]

Na nizinach życia >> piątek, 10 grudnia 2010 18:16:13
Witam wszystkich.

Sporo czasu mnie tutaj nie było. Tak jeszcze żyję. Sierpień zleciał szybko, praca się skończyła i cały wrzesień wraz z październikiem przesiedziałem w domu.

Robota w ochronie się skończyła i raczej już tam nie wrócę. Potrzebują tam jedynie ludzi z zaświadczeniami inwalidzkimi, ewentualnie osób pracujących lub uczących się. Jako, że nie należę do żadnej z tych grup mogę sobie spokojnie darować. Choć muszę przyznać, że państwo z ochrony byli na tyle uczciwi, że dzwonili czy nie chcę przyjść do pracy na rynek w listopadzie i grudniu. Z chęcią bym poszedł, ale zwyczajnie się nie dało. Od listopada, codziennie (za wyjątkiem niedziel) od 7 do 15 lub 16 zapieprzam sobie na budowie przy drenażu. Woda, bajoro, smród i inne rzeczy. Ostatnio nowy kierownik nas ostro wkurza lecz da się wytrzymać, a nawet trzeba.

W domu to co zawsze, nie ma się zbytnio nad czym rozpisywać. Siostrzyczka wciąż jest numerem jeden w głowach rodziców, stary raz pije, a raz nie, choć ostatnio wątroba go napierdziela i przez to zbytnio nie może. Ja sam marzę o tym, aby zdobyć kasę, pracę i wynieść się stąd w pizdu nie zostawiając do siebie żadnego kontaktu. Niech sobie żyją w trójkę sami (choć siostrzyczka od pewnego czasu częściej siedzi u swojego chłopaczka, ale nadal jest numer jeden w rankingu rodziców).

Był japoński i się zbył. Miałem jechać na egzamin, ale spasowałem. Przestałem sobie radzić z tym językiem, a oprócz tego ten kurs przygotowawczy do testu był w sporej części kabaretem. Nasz szanowny nauczyciel tłumaczył wszystko tak, aby było, leciał z materiałem na łeb, na szyję i jakby tego było mało, to aby coś ogarnąć trzeba było jeszcze szukać informacji i wyjaśnień po całej masie innych źródeł. Z nauczycielką od słówek i kanji szło już o wiele lepiej. Starała się jak mogła żeby nam wytłumaczyć co i jak. Z takich, a nie innych względów stwierdziłem, że lepiej nie brać udziału w egzaminie, co by się ewentualnie nie ośmieszyć.

Idą święta, jak ja nienawidzę tego okresu pełnego sztucznej dobroci i sztucznej, miłej atmosfery w domu.

Błąkając się w ciemnościach nizin życia szukam swojego miejsca i drogi. Mętlik w głowie, cała masa pytań. Niepewność o to, czy to co robiłem i w co wierzyłem do tej pory było słuszne. Może wiele razy się pomyliłem i postąpiłem źle. Nie wiem w co wierzyć, komu wierzyć i jaką drogę wybrać. Jakimi prawdami i naukami się kierować. Zaufać sercu? Dusza zrodzona w ciemności nigdy nie zazna szczęścia i spokoju.



komentarze [0]

Chudi X, go and hang yourself... >> piątek, 13 sierpnia 2010 20:16:30
Siema komukolwiek

Cały lipiec mnie tutaj nie było. Praca, praca i jeszcze raz praca do końca miesiąca, a jak to w pracy - wiadomo, kłótnie, problemy, sprzeczki, podchody itd. itp.. Nawet nam wóz z sianem podpalili. Było trochę biegania i gaszenia, nawet straż pożarna przyjechała, ale poradziliśmy sobie bez niej. Zresztą, od prawie końca sierpnia znowu rynek, znowu targi i znowu do roboty. Cykliczność tego wszystkiego będzie taka sama i powoli robi się monotonna.

Z Piotrkiem już jest niby tak jak dawniej, jednak coś mi się zdaje, że nie do końca. Niby już gadamy ze sobą jak dawniej, piszemy ze sobą normalnie, spotykamy się i chlejemy jak dawniej ale niekiedy aura jest dość niesprzyjająca. Zwłaszcza, jak słyszę teksty w stylu "Jak rozmawiam z tym albo z tamtym to jest dobrze i jakoś nie ma problemów, a jak rozmawiam z tobą to jest tak i tak", takie porównywanie mnie do innych, wspaniałych kolegów. Zresztą już słyszałem, że koledzy i znajomi z osiedla są stawiani nade mną, ze mną nie ma o czym rozmawiać, ponieważ nie mam doświadczenia życiowego i jeszcze cała masa innych rzeczy. Jak o coś pytam, to znowu źle, bo niby zachowuję się jak detektyw, a po co mi coś wiedzieć i po co w ogóle chcę poznać lepiej kolegę? Co mi z tego niby przyjdzie? Ja jestem dobry, jak trzeba pożyczyć kasę, nagrać płyty, naładować telefon albo pomóc w leczeniu kaca ewentualnie smaków alkoholowych, bo dzień wcześniej popiło się ze wspaniałymi kolegami, a teraz jest źle, bo nie ma czego popić, a dobrzy koledzy zajęci są swoimi problemami i leczeniem swojego kaca. Tak to jest, przyjaźnić się z kimś, a zwłaszcza z osobą, która jest od ciebie o tyle starsza. Tylko co ja w nim widzę? Czemu czuję to co czuję? Może to przez to, że on ma coś, czego zawsze mi brakowało i nigdy tego nie miałem? Sam nie wiem i pewnie nikt inny też nie. To życie jest pojebane.

Miały być studia i dobrze było, tylko jak wszystko idzie za dobrze, to w pewnym momencie zaczyna się pierdolić. Tak oto, muszę odebrać papiery z religioznawstwa bo po ich złożeniu (pod koniec miesiąca) miałem tydzień na zapłacenie czesnego za pierwszy semestr. Tylko skąd ja miałem wziąć 1500 zł po 15tym lipca, zwłaszcza, że jeszcze starzy pożyczyli ode mnie w chuj kasy, a i tak bez tego brakowało mi chyba 300 zł. Zawsze tak jest i było, jak obierałem sobie jakiś cel, jakieś marzenie i je realizowałem, to zawsze były jakieś problemy, których nie dało się w stanie przeskoczyć. Albo kasa, albo brak odpowiedniej wiedzy i zdolności, zły wygląd, zły głos ewentualnie sprzeciw rodziców, bo za drogo by to kosztowało, bo za daleko od naszego domu i niby co zrobić z dojazdem i co tu na to poradzić? Trzeba było przyjąć gorycz porażki i iść w pizdu. Jedyne co mi jeszcze zostało to japoński, tutaj jeszcze jakoś idzie, tylko kiedy się spierdoli i w jak nieodpowiednim momencie? Próby robienia licencji detektywa już nawet nie chce mi się podejmować.

Dom, miejsce puste, pełne chłodu, którego za cholerę i z całego serca nienawidzę. Spierdolone dzieciństwo i część szkolnego życia, bo trzeba było chodzić spać o 20 nawet w wakacje, jak się chciało gdzieś pójść to tylko w sobotę na maksimum 2-3 godziny, jak się miało jakieś zainteresowania i trzeba było jechać do miasta, to problemy, że mnie pobiją, okradną, a może nawet zabiją. Gdy ktoś chciał odwiedzić to problemy, żeby stary nie widział, a najlepiej, żeby był w pracy lub go nie było, a jak już się przytrafił, to żeby tylko był trzeźwy bo po pijaku to różne dziwne rzeczy potrafił odstawiać. Zresztą, nie tylko on bo matka też miała wieczne pretensje, że komputer chodzi całymi dniami, bo w sobotę jak znajomi przychodzą to jest identycznie, bo tylko w pokoju siedzisz i nic nie robisz. Tylko czy oni się kiedykolwiek zastanowili, że sami tak kurwa chcieli? Żeby z pokoju nie wychodzić i się uczyć, żeby zdobywać wiedzę, z której teraz chuja mam, żeby chodzić do kościoła i pokazywać za całą pozostała trójkę, jaka to niby religijna rodzina, a żeby tymczasem stary mógł ledwo stać pod sklepem i pić nastego browara z menelami, aby stare babcie mogły później obgadywać. Żeby być na każde zawołanie, a ja chciałem wolności i możliwości wyszalenia się za młodu bo jak pójdę do pracy to już nie będzie na to czasu. Dom, miejsce, które kojarzy mi się z więzieniem, wiecznie najebanym starym, faworyzowaną młodszą siostrą, która jest oczkiem głowie rodziców i matką, która przymyka oko na wszystkie rozróby ojca i jest w nim ślepo zakochana.

Nie miałem kasy było źle, bo mogłem mieć czegokolwiek, co chciałem mieć, a było to w posiadaniu innych. Mam kasę, no może wtedy, gdy starzy ewentualnie Piotrek ode mnie nie pożyczają, mam to co chcę to też jest źle, bo nie daje mi to takiej radości jak kiedyś, nie daje mi niczego.

Może, gdybym urodził się jako inna osoba, w innym czasie, innej rodzinie, może wtedy byłoby lepiej? Może, gdybym miał inne zainteresowania, inną płeć, inny wygląd to też by było lepiej? Chuj, dziewczyny mają łatwiej, widzę to po mojej młodsze siostrze. Wystarczy że jest dziewczyną, jest ładna i względnie wykształcona to już ma odpuszczane niektóre rzeczy o ile nie ich sporą cześć, manipuluje starymi jak może, kręci się w okół niej w chuj towarzystwa...

Gdy wyciągam rękę przed siebie i patrze na nią oraz cały świat, który mnie otacza, czuję się jak jebany sims z gry komputerowej, jakbym był przerysowany tutaj dla jaj z innego świata, tak żebym tutaj się trochę pomęczył. Czuję się sztucznie, niepotrzebnie i wiem, że nie pasuję do tego świata. Zresztą, nigdy nigdzie nie pasowałem. Nawet, jeśli miałem jakiś znajomych, to na ich tle odróżniałem się pod różnymi względami, przez co zawsze koniec końców zostawałem sam. Nie było wyjątków. Ciągle sam, tkwiący w ciemności, samotny niczym wiatr i brzmiący jak rodzaj dźwięku, którego nikt nie może usłyszeć. Potrzebny zawsze wtedy, gdy trzeba pomocy w czymkolwiek. Tak, w tym to mnie zawsze ludzie dostrzegali. Jak czegoś trzeba było to Chudi/Matt/Yamato/ "kochany synek rodziców" zawsze był na pierwszym miejscu. Czuję się tak, jakby szanowny stwórca, którym jest Bóg, Yggdrasil, Szatan, Jehowa, Budda czy jakaś inna istota dobrze się bawił, wrzucając takiego "simsa" do miejsca, w którym niezbyt sobie radzi, nie umie żyć z innymi i tylko się przyglądał jego marnemu losowi. Jestem jak program pełen bugów, napisany przez programistę, któremu się nudziło. Jeśli wystartuje to już jest sukces, a co będzie później to już nie jest istotne. Jak będą errory to może sobie z nimi poradzi, a jak nie, to zawsze się zakończy w jakiś sposób.

Mam wyjebane na wszystko. Czuję się winny za to, że postawiłem nogę na tym świecie, że chciałem mieć przyjaciela, że chciałem go lepiej poznać, że chciałem być wolny i mieć cokolwiek, że chciałem się rozwijać. Czuję się winny za to, że się urodziłem!!!

Może stwierdzisz szanowny czytelniku, że jestem zbytnio przewrażliwiony, że potrzebuję pomocy i wsparcia? Nie, dziękuję kurwa. Jak potrzebowałem pomocy to nie było nikogo, aby mi pomóc więc tym bardziej nie potrzebuję jej teraz.

Jeśli ktokolwiek dotrwał do końca, to szczere gratulacje...


komentarze [1]

Zacne chwile >> środa, 30 czerwca 2010 00:52:24
Cześć wszystkim, zwłaszcza tym, którzy czytają jeszcze moje wywody maści wszelakiej i nie boją się tutaj zaglądać. Ostatnio spędziłem kilka zacnych chwil. Generalnie, słowo "zacne" przyplątało się gdzieś po trasie podczas jednej z lekcji japońskiego i tak już pozostało w moim słowniku, jak również u Wind-Mess i Niiki.

Zacznę od piątku. Zakończenie roku na japońskim, rozdanie dyplomów oraz Sushi Party, które jak sama nazwa wskazuje, koncentrowało się na spożywanie tej jakże orientalnej potrawy. Przybyłem w swoim różowym cylindrze Tony Tony Choppera z "One Piece" co wywołało całą masę dość pozytywnych komentarzy. Dla odmiany, Iza znana jako Wind-Mess przebrała się za Marika z "Yu-Gi-Oh! Duel Monsters". Podpisaliśmy listę obecności, odebraliśmy pamiątkowe przypinki i wkroczyliśmy na salę. Na wstępie, okazało się, że stolik dla naszej grupy jest zwyczajnie za mały, więc zmieniliśmy miejscówkę. Później zjawiła się reszta grupy i zaczęły się radosne dyskusje na wszelakie tematy, a następnie na scenę wkroczyło danie główne, sushi. Zignorowałem ostrzeżenie jednej z koleżanek, na temat wasabi i ich ostrości, ponieważ stwierdziłem, że są zwyczajnie słabe. Był to błąd strategiczny bowiem za trzecim razem, okazały się zbyt ostre, poszły mi nosem przez co świeczki stanęły mi w oczach i spaliłem ogromnego buraka. Śmiechu było co nie miara. Trochę później otrzymaliśmy dyplomy oraz drobne upominki i rozpoczęły się konkursy. Bingo po japońsku, prawda fałsz w wersji dla Polaków, prawda fałsz w wersji dla gości z Japonii oraz zgadywanki czego dotyczy dana reklama. Odpowiedzi było dość rozbrajające, zwłaszcza, gdy wyświetlono spot pokazujący gostka siedzącego i notującego coś w jakimś zeszyciku. Pierwsza odpowiedź brzmiała Death Note. Dla niewtajemniczonych, jest to taki notesik, który sprawia, że osoba do niego wpisana z imienia i nazwiska umiera. Po zakończeniu wyruszyliśmy z Wind-Mess i Niiką na ostatni w tym roku szkolnym wypad do KFC.

Niedziela. Ktoś mi kiedyś powiedział, aby nie zamykać się na ludzi, tylko wręcz przeciwnie być na nich otwartym. Tylko sęk w tym, że z przyzwyczajenia do specyfiki pewnych portali społecznościowych dobrze wiedziałem, że zawsze jest coś nie tak i czasami jest się skreślanym z góry bez żadnych większych podstaw. Los sprawił, że tym razem było inaczej i dostałem spontaniczną propozycję spotkania się. Jak to ze mną bywa, byłem dość skrępowany i starałem się nie palnąć jakiegoś dziadostwa co by nie zepsuć opinii na mój temat. Tylko na dzień dobry spóźniłem się 10 minut ze względu na cudowną zmianę rozkładów jazdy komunikacji miejskiej ze względu na wakacje. Taki fail na początek, a zawsze jestem najmniej 10 minut przed czasem. Na całe szczęście, druga strona okazała się być bardzo wyrozumiałą i ułożoną osobą. Spędziliśmy razem trochę czasu, w dość miłej i przyjaznej atmosferze. Z całokształtu spotkania jestem bardzo zadowolony, mam nadzieję, że nie pogorszyłem w żaden sposób opinii na swój temat oraz, że jeszcze się spotkamy bo tak szczerze mówiąc, chciałbym tego i to bardzo.

We wtorek odbyły się urodziny Wind-Mess. Główni goście imprezy, ja i Niika, czyli nasza nieśmiertelna trójca z japońskiego. Zabawa odbyła się u niej w mieszkaniu, więc nie trzeba było się martwić o niepowołane osoby dookoła. Po wręczeniu prezentów spożyliśmy zacne spaghetti przygotowane przez mamę Izy, a później ruszyliśmy na czterogodzinną zabawę na najbardziej popularnej, komputerowej grze tanecznej - Stepmanii. Z wprawy wyszedłem, ponieważ ostatni raz grałem w to cztery lata temu, jednak zabawa była przednia, a zwłaszcza na tych trudniejszych utworach. Motywy przewodnie - muzyka japońska z różnych anime, chociaż zdarzały się odstępstwa typu Leva's Polka czy Vodka ewentualnie utwory grup grających metal. Bawiliśmy się dość głośno i pewnie sąsiedzi z dolnego piętra dostawali ostrej nerwicy. Skończyliśmy o 20tej, co by nie naruszać spokoju w bloku i udaliśmy się na oglądanie TV w trakcie którego pojawił się tort. Tekst dnia, "Iza, kiedy zdmuchniesz tort ze świeczek?" w moim wykonaniu. Niika została na noc u Izy, a ja w okolicach 22giej udałem się do domu.

Generalnie po tych wszystkich dniach jestem pełen pozytywnej energii i całkowicie zapomniałem o tych wszystkich pierdołach i problemach, które wydarzyły się ostatnimi czasy. Mam tylko nadzieję, że w najbliższym czasie będzie więcej tych dobrych momentów i nie będę miał żadnych problemów.

Na końcu notki znajdziecie obrazek postaci, której cylinder posiadam (wraz z rogami na nim). Na dzisiaj to tyle, pozdrowienia i gratulacje dla wszystkich, którzy wytrzymali do końca.



komentarze [4]

Mundial i inne sprawy >> czwartek, 24 czerwca 2010 11:48:07
Siema!!!

Mistrzostwa świata w piłce nożnej powoli dobiegają ku końcowi. Dla fanów owego sportu jest to największe możliwe święto i pewnie wielu z nich uważnie śledziło poczynania swoich ulubionych drużyn. Ja, choć sportem się nie interesuję, też dałem się w to wciągnąć, tylko z nieco innych powodów. Nawet rozpocząłem typowanie wyników meczy. Mój szanowny, były przyjaciel jest ogromnym fanem piłki nożnej, zawsze mi mówił jakie mecze obstawił, co oglądał itp. Czasami, po tych naszych rozmowach siadałem i oglądałem jakiś mecz, żeby było później o czym dyskutować. Ponieważ nadal jest mi źle z powodu tego co się stało, zacząłem oglądać to wszystko, aby wypełnić całą pustkę jaką teraz w sobie mam. Ciekawe, jak długo pociągnę.

Piotrek pisze do mnie, czasami zadzwoni lecz w dużo mniejszym stopniu niż kiedyś. Tylko te telefony kończą się w dużej mierze (podkreślam, że nie wszystkie się tak kończą, bo ostatnio dzwonił, aby pochwalić się nową pracą, jak również rzucił kilka słów o problemach u niego w domu) uświadamianiem mi, że to wszystko stało się z mojej winy i jaki ja to jestem zły i niedobry. Zresztą, nawet jak tak nie jest, to nastroje są jakieś średnie. Ostatnio nawet się widzieliśmy, z tej okazji co zwykle, czyli pożyczenia mu pieniędzy. Jakoś nie potrafię być twardy i mu odmówić. Jechał do sądu załatwić jedną sprawę i jak dawniej, zabrał mnie ze sobą. Było ok, dopóki nie zaczęła się rozmowa o tym co się stało i kolejna próba udowodnienia mi, że sam jestem sobie winny. Nawet usłyszałem, że "nie warto się ze mną znać" ponieważ bardziej wierzę w naukę i teorię ewolucjonizmu niż w jakiegoś boga. Cóż, tego tak czy tak nie przeskoczę, a zwłaszcza od momentu kiedy wiem, że jego ojciec należał do pewnej religii (która dla mnie jest sektą), a wśród jej założeń jest wypieranie wszystkiego co naukowe. Pojeboza na maksa, że tak to ujmę. Kiedyś, chyba zrobię z tego scenariusz do jakiegoś psychicznego filmu...

Ustny z japońskiego zaliczony na 5. Mogło być spokojnie 6, tylko zapomniałem kilku słówek, przez co nie mogłem skonstruować zdania, no i raz mi umknęły partykuły. Ważne, że rok zamknięty, a jutro mamy zakończenie. Ciekawi mnie, jak ta cała impreza będzie wyglądać i co będzie napisane na tym dyplomie, który dostane. Przez wakacje pasuje zrobić generalną powtórkę, bo we wrześniu mamy test sprawdzający do państwowych egzaminów poziomu piątego.

W pracy przestój, a podobno miała być robota na większość czerwca i jeszcze trochę lipca. Muszę sobie coś znaleźć, bo takie siedzenie w domu niczego dobrego mi nie da, zwłaszcza, że od października chciałbym wrócić na studia.

Względem mang i anime nic się nie zmieniło, poza tym, że Fullmetal Alchemist został zakończony i pasowałoby go przeczytać do końca nie licząc na polskie wydanie. W lipcu startuje nowa seria Digimona, tylko co z tego, że to jeszcze nie wyszło, a już ssie. Skany z japońskiego V-Jumpa są coraz bardziej rozczarowujące. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie będzie tak źle, jak się zapowiada. Teraz powinienem siedzieć i pisać recenzję Bakugana na Tanuki.pl ale jakoś nie mogę przerobić tego anime. Jego głupota i słabość przyprawia mnie o rozstrój nerwowy i uczucia wymiotne. Trzeba będzie wziąć się za recenzję czegoś innego, zwłaszcza, że mam drobny zastój w tekstach na temat Detective Conan.

Na dzisiaj to tyle mego marudzenia. Na koniec macie plakacik z najnowszej serii Digimonów, które ewidentnie wyglądają jak jakaś dziwaczna wersja Power Rangers. Do następnego!!!


komentarze [1]

Samotność >> piątek, 11 czerwca 2010 00:34:04
Praca i po pracy. Generalnie, narąbałem godzin i standardowo poszła za to wypłata rzędu ponad 2000zł. Niby nic specjalnego ale praktycznie cały maj spędziłem w robocie, a w domu byłem zaledwie 4 razy, nie licząc odsypianych godzin po nockach w robocie.

Japoński poprawiony i w ten oto sposób zdałem do grupy średnio-zaawansowanej. W grudniu egzaminy państwowe poziomu 5 i zastanawiam się, czy podchodzić do nich. Trochę obaw zawsze jest, zwłaszcza, że w tym wypadku nie będą to przelewki.

Zacząłem zbierać filmy z kolekcji musicali. Mój drugi ulubiony gatunek zaraz po horrorach. Na chwilę obecną mam wszystkie 6 wydanych numerów. Tytuły w miarę ciekawe, aczkolwiek tłumaczenie w filmie "Gorączka sobotniej nocy" wydaje mi się zbyt delikatne.

Straciłem przyjaciela, pierwszego i jedynego, jakiego miałem za 21 lat swojego życia. Jest to ta sama osoba, o której wspominałem podczas pisania o piosence "Ashita Moshi Kimi Ga Kowaretemo" ponad rok temu. Dlaczego się tak stało? Ponieważ pokochałem Piotrka jak żadną dziewczynę do tej pory, chciałem z nim być i wspierać go w każdej możliwej chwili i nie chciałem, aby zbytnio popadał w alkoholizm z którym ma dość poważne problemy. O ile w drugiej z wymienionych spraw idealnie się wspieraliśmy, to pierwsza z nich zaważyła na wszystkim. Wiedział o tym od września zeszłego roku i jakoś to znosił lecz dopiero teraz to wybuchło całkowicie. Jeszcze w ostatni dzień naszej znajomości zaczęliśmy się wyzywać tak, że zwykłym ludziom głowa by od tego spuchła wyciągając przy tym najbardziej bolesne fakty z naszego życia. Przez ten cały czas spędziliśmy razem wiele dobrych chwil, których jest mi zwyczajnie szkoda. Ciekawy jest również fakt, że dawniej, pod wpływem alkoholu mojemu byłemu przyjacielowi jakoś nie przeszkadzało, że go kocham i sam mnie dotykał gdzie popadnie. Zostało mi po nim kilka zdjęć, smsy i ogromna pustka w życiu. Znowu wszystko w moich dniach codziennych zamyka się do gazet, książek, filmów, gier i telewizji. Nie odzywamy się do siebie, a jak już dzwonimy to kończy się na wypominaniu wszystkiego co tylko się da wytknąć. Użalam się nad sobą? Możliwe! Jestem pedałem? Wątpię, zwłaszcza, że do tej pory wszystko co czułem było skierowane ku dziewczynom.

O ironio zacząłem chlać, jest to jedna z tych rzeczy, które nauczył mnie Piotrek i jedna z tych rzeczy, w których przesadzał. Chleję co się da i ile się da, aby zapełnić pustkę po nim. Pewnie źle się to skończy ale cóż, taki mój wybór.

Na dzisiaj to tyle, żegnajcie...
komentarze [2]

Long, long time ago... >> czwartek, 29 kwietnia 2010 19:30:26
Dawno mnie tutaj nie było, nikt raczej nie odwiedzał mojego szanownego bloga, więc raczej nic się nie stało z tego powodu.

Jak w listopadzie dałem się wciągnąć w wir pracy, tak do końca lutego praktycznie z niej nie wychodziłem. W domu byłem tylko, aby się przespać po nocce i znowu do roboty. Męczący tryb życia, który sprawia, że nie masz czasu na cokolwiek, nawet na sprawdzenie co się dzieje w świecie. Z resztą od połowy marca do początku kwietnia nie było lepiej.

W grudniu poznałem wszelakie możliwe blaski i cienie słowa "przyjaźń". I nie chodzi tutaj o "przyjaźń" w stylu wszelakich, nieśmiertelnych, szkolnych znajomości czy kontaktów przez internet tylko o poważne kontakty międzyludzkie. O ile można nazwać je poważnymi. Nauczyłem się również, że nie ważne jak byłoby się dobrym, uczynnym, jak wiele pozytywnych wartości by się sobą reprezentowało, to nie warto wyrażać szczerze swoich najgłębszych uczuć i pragnień bo zostanie się zmieszanym z błotem, zwyzywanym od pojebów i chorych ludzi. W końcu ludzie nie nauczyli się jeszcze, że człowieka powinno postrzegać przez to co sobą prezentuje, a nie przez to jak wygląda i co najważniejsze jakiej jest płci. Więc co najwyżej możemy być przyjaciółmi bez żadnych głębiej wchodzących kwestii, a najlepiej by było jakbym jeszcze zbytnio nie przejmował się problemami drugiej strony i nie chciał nieść pomocy w wielu różnych sprawach i najważniejsze, żebym się odkochał. Oczywiście, za kilka godzin, po tym jak usłyszało się od drugiej osoby wiele gorzkich słów, przychodzi taki moment, że człowiek ten przychodzi z uśmiechniętą miną, jak gdyby nigdy nic się nie stało ponieważ potrzebuje wsparcia w kwestiach, bez których żaden człowiek sobie nie poradzi, chyba, że chce klepać biedę... Pewne powiedzenie "Wyhodowałem żmiję na własnej piersi" sprawdza się tutaj doskonale.

Pragnę wygrać w totka i wynieść się z tego domu. Pijaństwo ojca sięga zenitu, a jeszcze do tego dochodzi standardowe faworyzowanie młodszej siostry. Jeszcze nie zdała na prawo jazdy, a już dostała samochód. Nie wspominając o laptopie, którego kupiła za część swojej kasy, a resztę musiałem dołożyć z własnej kieszenie. Oczywiście, matka odda pożyczoną kasę, bo jakby dali jej tego lapka na raty to by nie brała szmalu ode mnie. Do całej tej listy dochodzi jeszcze bezprzewodowy internet. Siostra zapłaciła sobie za modem plus za telefon do niego, a matka płaci abonament.

Shame for you, Yamato "Chudi X" Yoshinaka znany w normalnym świecie jako Marcin Chudoba. W poniedziałek mieliśmy egzaminy z japońskiego, nie zdałem części z gramatyki. Zabrakło mi znajomości kilku przymiotników i czasu. Jak siadłem do kartek z czytania i rozpoznawania kanji plus T-form to zeszło mi na nie tyle czasu, że nie starczyło na pozostałe dwie z gramatyki. Dodatkowo, nie wiedziałem czy pisać normalnie czy "krzaczkami" i tak się to skończyło. Opinia na mój temat spadła pewnie w oczach wielu ludzi w tym w moich własnych. W końcu jeśli ktoś jest uznawany za "byt wyższy" i "chodzący słownik" w danym języku, to jeśli nie zda to coś jest nie tak. Poprawka 7 maja. Tak się nawet ostatnio zastanawiałem, czy japoński, o którym marzyłem od gimnazjum, jest aby na pewno tym co chciałbym robić.

Ostatnio do grona moich ulubionych japońskich tytułów dołączyło One Piece. Epickość wylewa się z tego tytułu każdym możliwym miejscem. Opowieść o piratach zwanych Załogą Słomianego Kapelusza, którzy podróżują po niezmierzonych oceanach w celu spełnienia własnych pragnień. Wspaniałe i widowiskowe walki, rozbudowany świat i fabuła oraz dość specyficzny humor sprawiają, że takie miernoty jak Naruto czy Bleach zostają w tyle.

Perspektywa na najbliższe dni? Ciągła praca do połowy maja. Oczywiście, osoba o której wspominałem kilka akapitów wyżej też tam będzie.

Niech siły wyższe mają mnie i Was, którzy dotarliście do końca notki w opiece. Na dzisiaj to tyle.


komentarze [1]

Prawda jest tylko jedna >> wtorek, 10 listopada 2009 23:15:04
Siemano!

Ktoś tu jeszcze zagląda? Szczerze wątpię, aczkolwiek gdyby ktoś się zaplątał to przeczyta sobie nową notkę.

Miesiąc minął dość szybko, pod pewnymi względami nie było wesoło, no ale cóż, żyje się dalej i dba się o swoje.

Wielkie sprzątanie i opróżnianie pokoju ze wszelakich niepotrzebnych rzeczy zaowocowało tym, że spora ilość rzeczy poszła do pieca niczym Żydzi za czasów IIWŚ, a pozostałe przedmioty poszły zwyczajnie do kosza. Do sprawdzenia zostały jeszcze dwie szafki, plus niedobitki leżące na podłodze. Byłem bezwzględny, wszystko co nie było potrzebne dostawało status "wylot". Stare książki, gazety, komiksy, zabawki, gry, płyty, puzzle itp. itd. Coś tam zostawiłem, w granicach rozsądku, aczkolwiek tylko z lekkiego sentymentu, który kiedyś minie. Wyjątkiem są rzeczy z mang i anime, które mają u mnie status "nietykalnych", w końcu to moje hobby. Najbardziej cieszę się z wyrzucenia rzeczy związanych z czasami gimnazjum/liceum oraz całą masą osób, o której chętnie bym zapomniał i nie spotkał jej już do końca mych dni.

Posłuchałem przyjacielskiej rady i zacząłem sprzedawać karty do Yu-Gi-Oh!a i innych gier kolekcjonerskich. Nie mam już na nie czasu i najlepiej, abym pozbył się wszystkich, póki jeszcze mają jakąś wartość.

Japoński wygląda coraz lepiej. Ciekawe rzeczy, o których nie miałem bladego pojęcia, miła grupa i pierwsze testy w statusie zaliczony. Aż chce się żyć.

Powrót do roboty, czyli pilnowanie budek na targach świątecznych. Ponad połowa grudnia (ze względu na pewnego osobnika zwiększy się ilość nocek i wyjdzie prawie cały miesiąc) spędzona w pracy z doborowym towarzystwem będzie nie lada pożytkiem dla zasobności portfela oraz dla zdolności pożyczkowej w ramach pomocy co poniektórym przypadkom. Dodatkowo, nie będę musiał wieczór w wieczór oglądać napierdolonego ojca. Znając życie, pod koniec miesiąca będę się czuł jakby wyjebało mnie stado murzynów, aczkolwiek coś za coś.

Szkoły mam dość. Nie tyle nauki co samego kierunku. Zauważyłem również, że wróciłem do starego trybu życia polegającego na interesowanie się wszelakimi sprawami, analizowanie sytuacji oraz obmyślaniem wszelakich możliwych opcji wydarzeń przez co zacząłem coraz poważniej myśleć o detektywistyce, tak jak za starych, gimnazjalnych lat. Choć przyznam, że szalonych pomysłów na moją przyszłość było wiele...

W domu jak w domu. Stary napierdolony dzień w dzień. Dobrze, że nie robi przypałów tylko w miarę grzecznie chodzi spać, a matka po operacji. Oczywiście, przez nadgorliwość obu osobników, moja szanowna rodzicielka ponownie trafiła do szpitala, ponieważ zrobił jej się zakrzep w nodze. Mam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze.

Na dzisiaj to tyle, trzymajcie się ciepło, kimkolwiek jesteście i pamiętajcie, że prawda jest tylko jedna!


komentarze [1]

Na skrzyżowaniach chaosu... >> środa, 14 października 2009 11:12:32
Witam wszystkich szanownych czytelników! O ile tacy jeszcze się tutaj ostali. Dawno nie pisałem, więc czas najwyższy to nadrobić. Tylko od czego by tu zacząć? Normalnie brak pomysłów...

Nowa szkoła okazała się być dość dziwnym miejscem. Zajęcia raz na 2 tygodnie, w przypadku języków obcych jakiś niezbyt skomplikowany poziom i cała masa różnych ludzi dookoła. Każdy przychodzi jak mu się podoba, oraz, gdy mu się podoba, aczkolwiek jakieś grupki już się potworzyły. W sumie, nie z własnej woli zostałem wciągnięty do jednej. Jednak to tylko dlatego, że ludzie zaczęli się do mnie dosiadać. Podobno w gronie zawsze raźniej, lecz nigdy nic nie wiadomo...

Japoński klapa totalna, przynajmniej na początku. Same podstawy, typu "przedstawianie się", które już znam, więc pierwsze zajęcia były dość nudne i wręcz zasypiałem na nich. Czuję, że na tym się nie skończy. Nauczyciel jakiś zbyt wesoły i zbyt energiczny. Jakoś nie przepadam za takimi ludźmi.

Pracy nie ma, jak to stwierdził szef - "jestem jeszcze młody i powinienem się uczyć". Całe szczęście, że kasa zarobiona przez wakacje spokojnie starczy mi do końca roku (wydatki obowiązkowe) plus jeszcze zostanie na inne rzeczy. Teraz tylko pasowałoby coś znaleźć, ewentualnie poczekać na targi na Rynku Głównym, zaczynające się w Listopadzie. I raczej wątpię w to, że na się na nich nie pojawię, bo jeśli chodzi o sprawy targów, to poza mną lepszych osób do tego nie mają.

Paranoje w moim domu chyba sięgnęły szczytu. W jeden dzień się prawie zabijają, a w drugi wszystko jest tak, jakby wszystko było ok. Tylko nic tu nie jest ok. Remont, się kończy, aczkolwiek co z tego? I tak usłyszałem, że jak sobie postawię własny budynek albo załatwię mieszkanie to wtedy będę sobie mógł robić tak jak mi pasuje. Czyli innymi słowy mówiąc, dostałem zaproszenie do wyniesienia się. Korzystając z kilku przyjacielskich rad, zacząłem redukować ilość zbędnych i totalnie niepotrzebnych rzeczy ze swojego pokoju. Ktoś chętny na jakieś stare zabawki, maskotki, puzzle, przedpotopowe komiksy itp.? Jak tak, to z chęcią oddam, w innym wypadku trafią do atmosfery bądź na śmietnik. Później tylko znaleźć sobie robotę, kawalerkę i pierdzielić szanowny "dom rodzinny" w dupę. W końcu "najlepszym lekarstwem jest nie widzieć tego i nie słyszeć".

Miałem pisać o zaległych rzeczach, więc kilka słów o serii "Castlevania", znanej w Japonii pod bardzo pięknym tytułem "Akumajō Dracula". Gry opowiadają o losach klanu Belmont, którego członkowie zajmują się zabijaniem wszelakiej maści demonów i potworów, w tym samego Draculi, który odradza się raz na X lat, aby siać terror i zamęt. Oczywiście, nie zawsze kierujemy kimś z owego klanu (przykładowo w jednej z gier kierujemy dobrą reinkarnacją Draculi), aczkolwiek cel jest zawsze ten sam, zgładzić złego i uratować świat. Akcja gier rozgrywa się w różnych częściach Europy, na przełomie lat 1094 - 2036. Cóż tu więcej napisać? Zobaczcie sami jak to wygląda, ponieważ w niektórych przypadkach naprawdę warto. Moją ulubioną częścią i generalnie jedną z lepszych jest "Minuet of Dawn" znane poza Japonią jako "Castlevania: Aria of Sorrow".

Na dzisiaj to tyle, trzymajcie się ciepło w te mroźne i śnieżne dni.


komentarze [1]

Życie leci... >> poniedziałek, 31 sierpnia 2009 22:54:05
Siema!

Dawno nie pisałem, spowodowane to było moją pracą, która zawsze odzywa się w najmniej spodziewanym momencie. Ponownie spędziłem ponad pół miesiąca pilnując pierdół na Rynku Głównym. Tutaj serdeczne i szczere pozdrowienia oraz jeszcze szczersze "powodzenia" dla Scarlet, która nie może znaleźć pracy. Jestem z Tobą! Nie ma co się rozpisywać na ten temat, osoby czytające tego bloga regularnie oraz te, które słuchają moich relacji dobrze wiedzą, jak to jest.

Skończyłem kilka Castlevanii, oglądnąłem "trochę" anime, rozpocząłem tworzenie podstaw do książki i wszystko się zatrzymało. Teraz nadrabiam braki w filmach. Przechadzając się po Saturnie, w celu uzupełnienia domowej filmoteki, zupełnie przypadkowo zagadała do mnie babka i zaczęliśmy dyskutować na temat horrorów. Jak ja cenię takich ludzi, którzy w tych chorych czasach potrafią znaleźć chwilę i zagadać do zupełnie obcych ludzi, aby z nimi podyskutować.

Koniec końców, na sierpniowy turniej nie pojechałem. Jakoś nie miałem większych aspiracji. Następny już we Wrześniu i raczej na ten pojadę, ponieważ kumpel ma mi przywieźć karty z USA i trzeba będzie jakoś je odebrać. Koncertu Madonny też nie widziałem, za co pluję sobie w twarz do tej pory.

Zapisałem się do nowej szkoły, to wszystko po to, aby starzy nie jęczeli mi za uszami, że muszę mieć coś oprócz matury. Zaczynam też prawdziwe kursy japońskiego, koniec nauki na własną rękę.

Remont domu trwa, teraz pora na wykończenie mieszkań znajdujących się na drugim piętrze. Szczerze mam już tego dość. Szanowni rodziciele twierdzą, że będę mieszkał tam ja albo młodsza siostra. Szczerze mam ochotę się stąd wyprowadzić bowiem ojciec coraz bardziej nadaje się na odwyk. Oczywiście matka po raz kolejny powiedziała mu, że go zostawi, choć jakby była bardziej asertywna to już dawno by to zrobiła. Niby się przejął ale kij go tam wie. Dodatkowo w Październiku idzie na operację, mam nadzieję, że służba zdrowia nie zmieni stanu jej nóg, na gorszy niż ma teraz...

Na dzisiaj to tyle, następna notka będzie zawierać wszystkie zaległości, o których miałem wspomnieć. Trzymajcie się mrocznie i uważajcie na wampiry...
komentarze [3]

>> środa, 29 lipica 2009 14:32:47
Siemano!

Dawno nie pisałem. Szczerze miałem zrobić to w połowie lipca, aczkolwiek mój szanowny komputer uległ tymczasowemu zepsuciu i jakoś nie było czasu, aby go naprawić oraz, aby wstawić nową notkę. Głównie z powodu pracy, która zajęła mi większą część tego miesiąca.

Praca jak praca, raz jest, a raz jej nie ma i w tym wypadku padło na to drugie. Muszę coś znaleźć, aczkolwiek przerażają mnie wysokie wymagania pracodawców. Niby skąd ja mam mieć przykładowo 5 letnie doświadczenie w czymś jak mam ledwo 20 lat? Później dziwota, że wysokie bezrobocie w kraju...

W międzyczasie wybrałem się na turniej Yu-Gi-Oh! do Warszawy. Podróż minęła spokojnie i bez problemu, aczkolwiek miałem dość duże obawy po tym, jak zobaczyłem cenę biletu na pociąg "Intercity". Zaledwie 19 zł. Po dotarciu do celu zacząłem błądzić po mieście i pomimo rad Kapitana Nemo głoszących jak trafić na miejsce turnieju postanowiłem skorzystać z pomocy tubylców. Okazali się całkiem mili i pomocni, dzięki czemu bez najmniejszego problemu trafiłem do celu. Turniej przebiegł jak przebiegł, nie ma nad czym gdybać. Następny już 15 i 16 sierpnia i zamierzam się pojawić. Zbytnio mnie nie obchodzi, że jest wtedy święto kościelne, przynajmniej będę mógł się czuć grzesznikiem jak Madonna, przeciwko której odprawiane będą msze i specjalne spotkania religijne. W końcu jak można dawać koncert w Polsce w tak ważnym dniu jak 15 sierpnia. Przy okazji ostatniego turnieju, po 3 latach rozmów przez gg poznałem mojego przyjaciela Kapitana Nemo. Niestety nie było czasu na cokolwiek po turnieju, ponieważ musiałem udać się w pewne miejsce.

I tak oto przed godziną 21 trafiłem na wieś pod Radomiem/Warszawą znaną szerzej jako Wandzinów. Niezbyt byłem zadowolony z tego faktu i dodatkowo dodam, że gdyby nie obietnica złożona mojej szanownej rodzicielce to za cholerę bym tam nie pojechał. Trzy kanały na krzyż w TV, praktyczny brak zasięgu w sieci Orange, mordercze i święte obrazy przybite do ściany na skos napawały mnie ambiwalentnymi uczuciami. Jednak wszystko po to, aby odebrać siostrę i żeby ciocia znowu nie nadawała, że przyjeżdżam raz na 8/10 lat. W tych wspaniałych i wiejskich klimatach spędziłem całą noc i następny dzień czyli moje urodziny...

Pomimo tego, że stuknęła mi 20 nie widzę żadnych zmian w swoich zainteresowaniach i swoim zachowaniu. Natomiast od ostatnich urodzin przybyło mi trochę kilo, dzięki czemu bardziej zaginam czasoprzestrzeń oraz cała masa siwych włosów...

Wakacje, a zwłaszcza te bez jakichkolwiek zajęć dają do zrozumienia, że czas najwyższy zabrać się za oglądanie zaległych anime. Wśród całej masy tytułów, znajduje się jeden, na który przypada ponad 500 odcinków, 12 kinówek i 13 odcinków specjalnych. Jest nim ciągle emitowany Detective Conan, za którym szalałem podczas gimnazjalnych czasów i nawet strzeliłem sobie piękny rysuneczek głównego bohatera, który do dnia dzisiejszego wisi na drzwiach od szafy. Wróciły też sentymenty do starych gier i obecnie pykam w starą i dobrą Castlevanię na Pegasusa.

Na dzisiaj to tyle, wiem, że miałem wspomnieć jeszcze o Haruhi Suzumiyii oraz Konacie Izumi, aczkolwiek będzie to temat innej notki bo z tej robi się już jakieś opowiadanie. Na sam koniec art przedstawiający głównego bohatera Detective Conan.

Do następnego, kimkolwiek jesteście...


komentarze [1]

Nudy... >> wtorek, 23 czerwca 2009 15:16:03
Siema!

Minęło trochę czasu od momentu, gdy pisałem tutaj ostatni raz. Wszystko to za sprawą ciągłego siedzenia w pracy. Do ciekawszych obiektów, które pilnowałem ostatnimi czasy należy stara, poniemiecka elektrownia, w której dawno temu mordowano Żydów i podobno teraz tam straszy. Nie mam pojęcia czy jest to prawdą, ponieważ nic mnie nie straszyło, tylko kilka razy miałem wrażenie, że coś mi łazi i hałasuje po budynku. Jedynym plusem tej roboty jest to, że można pozwolić sobie na kupowanie mang/anime/kart i innych ciekawych rzeczy potrzebnych w życiu codziennym :D

Prawo jazdy podejście 1 oblane, w tym tygodniu podejście 2. Na przyszłość uważajcie na małe, mroczne i czerwone samochody zaparkowane na wąskich, osiedlowych chodnikach...

Życie towarzyskie wraca do normalności :D przynajmniej częściowo. Siostra i szwagier są coraz częściej odwiedzani. W minioną niedzielę robiłem dla nich jakiś filmik prezentujący klan, do którego należą w jakiejś grze "DarkOrbit". Oprócz tego byłem z obiema siostrami w kinie. I całe szczęście, że w końcu udało nam się pójść na ten "Piątek Trzynastego" bo był to jeden z ostatnich seansów w Krakowie. Generalnie film był całkiem całkiem, aczkolwiek inni towarzysze z sali kinowej byli jedną wielką pomyłką. Jak można lizać się na horrorze, a później mówić, że film do dupy? Następnym razem zapraszamy na kolejną polską komedię romantyczną. Natomiast my mieliśmy wiele radości i bardzo się uśmialiśmy. Właśnie punkt 2, jak można nie śmiać się na horrorze jak niektóre sceny ewidentnie proszą się o coś takiego? Stwierdziliśmy, że na przyszłość z amatorami nie pracujemy. A co! Pozdro siostr, druga siostra i szwagier!

Yu-Gi-Oh! wrócił do łask. Generalnie tak żywego powrotu do gry dawno nie miałem. Pojechanie na Mistrzostwa Polski, pomimo dość niskiego miejsca okazało się dość dobrym pomysłem. Poznałem masę fajnych ludzi, zdobyłem nowe doświadczenie i mogę spokojnie szkolić się dalej. Na ulepszenie samej talii poszło ponad 300zł i to tylko w tym miesiącu, a i tak brakuje mi kilku kart. Przynajmniej widać efekty i gra się zarąbiście dobrze i długo i przynajmniej mogę powiedzieć, że teraz jakoś to idzie. No chyba, że przychodzi zły wciąg.

Haruhi Suzumiya wróciła! Jedyna dziewczyna, z którą chce się ożenić!! No zastanawiam się jeszcze nad Konatą Izumi, aczkolwiek są to opowieści na kiedy indziej...

Na koniec moja nowa, ukochana karta do Yu-Gi-Oh! potrafiąca wyciągnąć z najgorszego bagna..


komentarze [3]

Praca >> czwartek, 23 kwietnia 2009 21:40:36
Siema wszystkim!

Ostatnimi czasy większość swojego życia spędzam w pracy. Oczywiście nie narzekam bo jak czasami siedzę w domu 2 albo 3 dni to mnie szlag jasny trafia jednak ma to też swoje gorsze strony. No i dodatkowym plusem tego wszystkiego jest dzień zwany potocznie "Matki Boskiej Pieniężnej", który potrafi rozweselić nawet najtwardszych zgredów. Jakie minusy? W sumie taki jeden, że moje życie towarzyskie umiera powoli i za niedługo, jak odwiedzę siostrę i szwagra to mogę klamką pocałować xD mam nadzieję, że jeszcze pamiętają jak wyglądam.

Do ciekawszych wydarzeń dni ostatnich mogę zaliczyć to, że prawie zabili mi kumpla na naszej służbie jak również to, że prawie zostałem porwany przez bandę gejów. Siedzieliśmy sobie z Piotrkiem (tym od piosenki z ostatniej notki) pod jedną z budek, które mieliśmy pilnować. Standardowo po rynku plątało się w chuj osób. I idzie sobie taki jebany, pijany cieć i w dłoni dzierży szklankę z grubego szkła, z której spija resztki jakiegoś trunku. Niespodziewanie gościu się zamachnął i pierdolną szklanką w budkę, pod którą siedzieliśmy. Walną na wysokości głowy Piotrka i dobrze, że ten się odsunął bo bym musiał wkraczać do akcji i by było sporo problemów (złapać chuja i sprowadzić do parteru, zadzwonić na policję, po patrol interwencyjny i starać się aby Piotruś mi się nie przekręcił na środku rynku). Z resztą sądziłem, że gościu i tak dostanie wpierdol, nie ode mnie co prawda ale od Pitrka bo ten wystartował do niego od kopa jednak było spokojnie i obiło się bez bójki.

Jeśli chodzi o bandę gejów to podbili do nas jacyś Hiszpanie i zaczęli coś pierdolić po swojemu. Ja im na to, aby gadali po angielsku. No to gościu pyta mnie o jakiś tam klub a ja odpowiadam, że nie wiem gdzie takowy jest. Z resztą miał strasznie podejrzaną nazwę coś w stylu Midgaj czy coś xD za chwilę ta banda idiotów zaczęła się do mnie przytulać i skakać dookoła mnie i chcieli zabrać mnie ze sobą do tego klubu. Dobrze, że Piotr mnie uratował bo by było źle...

Generalnie jest to jeden z normalniejszych pracowników w naszej firmie, pewnie dlatego, że jest nowy xD ale cóż miły i spokojny i o dość dużym poczuciu humoru. No i można z nim pogadać o filmach i muzyce. Takich ludzi akuratnie cenię bo jest ich jak na lekarstwo ale dobrze, że są bo przynajmniej można prowadzić dyskusje na wyższym poziomie dotyczące filmów, wykonawców, aktorów itp. a nie gadać o pierdołach. Jedną z takich ludzi jest również moja kochana starsza siostra, którą w końcu muszę odwiedzić.

Startuję na zawodowego i profesjonalnego ochroniarza. Oczywiście wszystkim, którzy twierdzą, że Yamato/Matt/Chudi X i mundur to dwie dziwaczne rzeczy muszę powiedzieć, że sam w to nie wierzę. Na chwilę obecną trzyma mnie tylko jeden podpunkt jakiejś dupnej ustawy, który brzmi "Uregulowany stosunek do służby wojskowej". Nie wiem co z tego będzie jednak mam nadzieję, że obędzie się bez wstępowania w szeregi armii.

Ostatnio spotkałem Robala. Tak na wstępnie dla niewiedzących Robal jest jedną z nielicznych osób, z którymi utrzymuję kontakt po tym zjebanym LO. Ironią losu jest to, że też gra w Yu-Gi-Oh! oraz to, że mam innego kumpla z czasów gimnazjum, z którym sprawa wygląda identycznie czyli nadal się spotykamy przez jakąś grę w karty. Oczywiście o ile można to spotkaniem nazwać bo ja jechałem autobusem, a on szedł chodnikiem i tylko wymieniliśmy gesty podniesionej dłoni. Następnego dnia zadzwoniłem do niego. Miałem dzwonić już z miech temu ale miał przeprowadzkę, wymianę zagraniczną brata i takie tam pierdoły. Pogadaliśmy, powspominaliśmy stare czasy, wymieniliśmy info o innych osobach z naszej klasy i umówiliśmy się, że spróbuje przebłagać dziewczę swe, aby puściła go na turniej Yu-Gi-Oh! odbywający się 2 Maja i przedyskutowaliśmy inne sprawy karciane. No i to co mnie najbardziej zdziwiło, zaprosił mnie na parapetówę xDDD taa Yamato/Matt/Chudi X i impreza. Kto by pomyślał? Normalnie powinni to odnotować w jakiejś encyklopedii.

Na dzisiaj to tyle marudzenia. Miłego czytania i do następnego razu! Kimkolwiek jesteście...
komentarze [0]